Filmowy relaks

Ink (2009) - one two three four one two...

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

"Ink" to film mało „kawowy”, ale za to wypełniony emocjami po same brzegi

 Przyznaję, że oglądając początek filmu nie czułam się do niego przekonana, ale postanowiłam dać mu szansę, bo został polecony mi przez przyjaciółkę. Osoby, które oczekują filmu akcji rozczarują się srodze.

Historia przedstawiona w filmie jest prosta (z pozoru) - podczas snu dusza małej dziewczynki Emmy zostaje porwana przez tytułowego Inka (zmora) do alternatywnej rzeczywistości, co skutkuje zapadnięciem w śpiączkę w „naszym”, realnym świecie. Stan ten zagraża jej życiu. Pomóc jej może jedynie ojciec, który nie zauważa istnienia córki zajęty pogonią za sukcesem i bogactwem. Teraz pojawia się przed nim szansa uratowania córki, a także samego siebie.

Początkowo jako widz czułam się zdezorientowana – pojawiające się nie wiadomo skąd postaci realne, po, świat realny i świat alternatywny, zmory (Ink) i niewidzialni Strażnicy – wszystko równolegle do siebie pokazywane. A jednak film przyciąga i stopniowo wciąga. Fabuła zaczyna być zrozumiała, fascynująca i w niezwykły sposób łącząca oba światy.

Film „Ink” w ciekawy sposób podejmuje próbę wyjaśnienia jak powstają w nas emocje i uczucia, i jakie konsekwencje mają dla naszego życia.

Równie interesująca jest (według mnie, być może z uwagi na zainteresowania) postać niewidomego Tropiciela pomagającego odszukać porwaną dziewczynkę. Doskonale słyszy i rozumie rytm otaczającego świata. Umie też, poprzez nawet drobne zmiany układu, ingerować w rzeczywistość i ścieżki życia poszczególnych osób, zmieniając bieg ich życia.

Bardzo ciekawe podsumowanie przeczytałam w komentarzach dotyczących filmu - "Dawno nie doświadczyłem takich emocji. Żal, radość, złość, smutek wylewają się z tego obrazu. Od początku do końca zamknięta całość. Czysta poezja - albo odrzucasz ją z kompletnym niezrozumieniem, albo wybija cię gdzieś na orbitę i robi z tobą co chce. One, two, three, four, one two,…"

Mnie zdecydowanie film ten wraz z jego fabułą "wybił na orbitę".

I choć nie powinien, to robi ze mną co chce (nadal czuję się jak filmowy Ink).



Przed obejrzeniem „Ink” przeczytałam w „Sens” buddyjskie przysłowie: „Piekło i niebo jest między naszymi uszami. Świat jest taki, jakim go widzimy. To my stwarzamy rzeczywistość” i myślę, że ten film jest jego odzwierciedleniem.