INK - małe i większe podróże

Budzenie (się) miasta

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Z wielką przyjemnością wróciłam do pomysłu wymyślonego przez przyjaciółkę - udział w „budzeniu się miasta”

Zwyczaj uczestniczenia w "budzeniu się miasta" wprowadziła moja przyjaciółka, kiedy byłyśmy jeszcze na studiach.

Wbrew opinii, że studenci nie wstają przed południem, umawiałyśmy się wczesnym rankiem, wraz z otwarciem kawiarni mieszczącej się na głównej ulicy Starego Miasta.

Pijąc kawę i skubiąc pyszne croissanty obserwowałyśmy jak ludzie spieszący się do pracy i do szkoły mijali nas coraz szybciej i coraz tłumniej.

Wraz z upływem czasu leniwy, cichy poranek nabierał tempa, rozbrzmiewał coraz to nowymi i coraz głośniejszymi dźwiękami.

Pobudzone kawą, która płynąc w naszych żyłach, działała na nas podobnie jak upływający czas na nowy dzień w mieście, byłyśmy gotowe na podjęcie wyzwań.

Z czasem byłyśmy coraz bardziej zajęte i porzuciłyśmy ten bardzo przyjemny zwyczaj spotykania się o poranku przy kawie.


A teraz, kilka, no dobra kilkanaście lat później, szczęśliwym zbiegiem okoliczności wyjeżdżając bladym świtem z Wrocławia na warsztaty w ramach międzynarodowego projektu, postanowiłam podjąć wyzwanie znalezienia miejsca, gdzie będę mogła napić się kawy.

Poranek zastał mnie z chmurami i powietrzem ciężkim od oczekiwania na burzę i deszcz. Poszukiwaniom czynnego, o nieprzyzwoicie wczesnej porze, miejsca z kawą, towarzyszyły błyskawice rozświetlające granatowe niebo i pomruki wiszącej nad miastem burzy. Powietrze wypełniał zapach zbliżającego się deszczu i wiedziałam, że za chwilę dokona się oberwanie chmury.

Na końcu ulicy, którą szłam, właśnie rozkładano stoliki i krzesła w ogródku. Rozbłysły światła w kawiarni, a chmura nie wytrzymała dłużej – deszcz zalał obficie ulice Wrocławia. Szybkim truchtem, którego prędkość ograniczał ciężar bagażu (niewielkiego, jak to u mnie :-)), pokonałam odległość dzielącą od kafejki, doceniając iście filmową scenę, której byłam świadkiem i uczestnikiem.

vincent

Korzystając z gościnnych progów CafeVincent, który przyjął mnie przed oficjalnym otwarciem, patrzyłam przez szyby na deszcz spływający ulicami zaspanego jeszcze miasta i czekałam, aż równie zaspany ekspres do kawy rozgrzeje się i będzie mógł poczęstować mnie kawą.

Kiedy dostałam aromatyczną kawę od także zaspanej pani zza lady, deszcz przestał padać, a w kawiarni rozszedł się zapach świeżego pieczywa, croissantów, cynamonek i brioszek.

Rozkoszując się smakiem kawy i croissanta obserwowałam z przyjemnością, jak Wrocław nabiera tempa i budzi się do kolejnego dnia.

Dopiłam kawę i dziękując za przygarnięcie zmokniętego wędrowca, dołączyłam do grona osób spieszących się na spotkania.


I tak oto pijąc kawę we francuskiej kawiarni przy ulicy Ruskiej znajdującej się w polskim Wrocławiu ruszyłam w drogę do Niemiec na warsztaty. Taka międzynarodowa sytuacja :-)

(zdjęcia: cafeMOC&ja (intro), CafeVincent)