INK - małe i większe podróże

Miasto poza szlakiem, czyli nie ma przypadków

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Kiedy uliczki zapełniają się turystami, warto zejść z głównych szlaków, gdzie przypadkiem można trafić na ciekawe miejsca. Ale przecież przypadków nie ma :-)

 Nie wiem jak reagujecie na tłumy ludzi przechadzających się głównymi ulicami, trasami turystycznymi, ale ja nie jestem fanką zbiorowisk.

Idąc pewnego dnia na spektakl do Sopotu (Scena Kameralna Teatru Wybrzeże) wyszłam nieco za późno (ulewa za oknem) i do Sopotu postanowiłam iść skrótem. Wybierałam intuicyjnie i przypadkowo (a nie ma przypadków!) kolejne uliczki podziwiając piękne kamienice i zieleń ozdabiające je.

Jak to możliwe, że nie widziałam ich wcześniej? Na uliczkach wyludnionych upałem, panował jednak przyjemny chłód, który tworzyły drzewa pochylające się nad alejami, a fasady kolejnych mijanych kamienic zaskakiwały swoim pięknem.

Gdybym nie spieszyła się do teatru zapewne zostałabym tam na dłużej. Tymi urokliwymi i cichymi uliczkami, nieco sennymi o tej porze dnia, dotarłam do „Monciaka”.

Zupełnie nie byłam przygotowana na „wpadnięcie” wprost w „objęcia” tłumu, który dosłownie porwał mnie z sobą, zanim zdążyłam wybrać kierunek. Tłum sunął nieprzerwaną rzeką po horyzont, jak okiem sięgnąć. Na każdym kroku ktoś próbował - w czterech językach - dać mi ulotkę, zaciągnąć do restauracji lub sprzedać, zapewne niezbędny mi do odpoczynku nad morzem, gadżet.

Byłam oszołomiona i wykończona po zaledwie kilkunastu minutach przedzierania się i lawirowania wśród fali turystów. Z radością dotarłam do bezpiecznej i zacisznej przystani budynku teatru.

„Oddajecie nam naszą wodę”

Następnego dnia postanowiłam wybrać się na tradycyjny poranny spacer, a nogi poniosły mnie znaną trasą - promenada nad zatoką w stronę Sopotu. Do granicy z Gdynią (jar Sweliny) dotarłam bez problemów – turyści śpią w porze moich porannych spacerów ;-)

Wracając postanowiłam nie ryzykować spotkania z turystami spragnionymi słońca po ulewach dnia poprzedniego. Skręciłam z popularnych tras przemieszczania się turystów i trafiłam do zupełnie innego, nieznanego mi miasta ;-)

Zachodnia i górna część Parku Północnego, gdzie można znaleźć piękne rozlewiska i tereny podmokłe, nad którymi rozciągają się kładki, aby suchą nogą przejść do dalszych zachwytów. Rewitalizowane i restaurowane potoki, które były do tej pory zasypywane lub zakrywane*, a teraz odkopane i umocnione cieszą swoją urodą i wolnością, zwłaszcza, że wokół nich powstały miejsca do odpoczynku z tzw. małą architekturą.

Po drodze udaje się napotkać ciekawe murale i niewielką kaplicę chowającą się wśród budynków i sunących nieprzerwanym strumieniem samochodów.

Po raz kolejny uciekając z głównej ulicy trafia się na pyszniący się bujną zielenią skwer przy Placu Zdrojowym (przechodzący w park M.i L. Kaczyńskich), gdzie zachwycają kobierce z kwiatów, klomby najróżniejszych róż, fontanny i grzybek inhalacyjny z wodą solankową (nie polecam próbować dla zdrowotności ;-) ).

 „Elektryczna kamienica”

Idąc dalej ulicą Parkową nieustannie podziwia się kamienice.

Przed jedną z nich stanęłam pełna zachwytu – rok budowy 1905, styl eklektyczny, projekt Carl Kupperschmitt. Niedawno odrestaurowana przyciąga wzrok i nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Nie zamierzałam.

Stałam wpatrzona w piękno kamienicy, kiedy obok mnie stanęło dwóch panów z piwem w ręku (a sądząc po wyglądzie nie było to ich pierwsze piwo tego dnia). Stanęli obok mnie zaciekawieni dlaczego stoję i gapię się w górę, gdzie przecież ani nic nie lata, ani się nie wali i nic się nie pali... Mimo, iż zapewne wydało im się to dziwne, to nie odeszli. Może postanowili postać ze mną, ot tak, dla towarzystwa  ;-)

Jeden z nich, już po chwili lekko znudzony staniem upił solidny łyk piwa z puszki i wzrok jego przypadkowo padł na tablicę umieszczoną przy wejściu.

- Ty, patrz! Tam coś pisze – szturchnął kolegę. Obaj wytężyli wzrok próbując odczytać informację.

- Kamienica elektryczna! – z satysfakcją ogłosił jeden z nich.

- Czyli co? - stropił się drugi. Nastąpiła chwila dłuższego namysłu.

- No jak to co? - ton głosu oznaczał, że kolega zna odpowiedź na każde pytanie trapiące tego drugiego – No, że była zele...zele... - Pan trudne słowo wybrał, w którego wypowiedzeniu alkohol kompletnie nie pomagał - No prąd w niej był! - wybrnął i głęboko odetchnął z nieskrywaną ulgą.

- A co w tym dziwnego? - nadal nie rozumiał. Drugi wytężył ponownie wzrok, najwyraźniej aby jego autorytet nie został nadwyrężony:

- No piszą, że od 1905 roku!

- No i co?

- Przecież to strasznie dawno temu! Moja babcia w domu prądu nie miała, a niedawno zmarła. A tu cała kamienica od 1905 roku miała prąd! - zakończył odkrywczo

- Aha! - ucieszył się kolega. Bałam się ruszyć, aby nie przerwać tej jakże pouczającej wymiany zdań. Kątem oka obserwowałam obu panów i już nie byłam w stanie nawet udawać, że oglądam fasadę kamienicy. Bezwiednie uśmiechnęłam się.

- Patrz pani się z ciebie śmieje, że nie wiedziałeś – doniósł z wyższością w głosie kolega, gapiąc się na mnie. Natychmiast powstrzymałam uśmiech, zanim drugi zdążył go zauważyć.

- Nie śmieję się, a uśmiecham się – sprostowałam.

- A pani wie, że to kamienica elektryczna? - pospieszył podzielić się ten drugi nowo nabytą wiedzą. Nie byłam pewna, czy dobrze robię, ale odruchowo poprawiłam:

- Kamienica eklektyczna.

Panowie stropili się.

- Czyli co? Jak pani taka mądra...

- To taki styl w architekturze, który harmonijnie łączył w sobie różne inne style. - wyjaśniłam krótko. Panowie stali w ciszy – Tu są gotyckie elementy – wskazałam strzeliste okna i wieżyczki – A tu klasycystyczne kolumienki... I nawet barokowe zdobienia można dostrzec... Jest piękna. – zakończyłam na jednym wdechu.

Panowie przyjrzeli mi się ponownie zaciekawieni.

- Czyli ładna jest? - upewniał się ten od "elektrycznej kamienicy".

- Piękna – potwierdziłam z zachwytem, a on kiwnął głową przyjmując do wiadomości, że kamienicy bezsprzecznie uznanie się należy (zapewne również za tą wczesną elektryfikację...)

- Czyli że nie było prądu? - upewnił się z satysfakcją drugi, pociągając z puszki kolejny solidny łyk piwa i patrząc złośliwie na kolegę. Kolega wyraźnie zmarkotniał. Nie chciałam sprawić mu przykrości, a sądząc po minie tego drugiego, złośliwych komentarzy nie miał szans uniknąć.

- Prąd pewnie był – zapewniłam szybko – Myślę, że później niż w 1905 roku, ale właściciel na pewno był bogaty, więc i prąd mogli szybko założyć - załagodziłam jak umiałam najlepiej. Osiągnęłam sukces, ale wydaje mi się, że krótkotrwały: obaj się uśmiechnęli i z radością w głosie jednocześnie oznajmili:

- Czyli prąd był! Czyli jednak elektryczna!

- Czyli nie było prądu! I nie jest elektryczna!

Szybkim krokiem odeszłam, aby nie pogłębiać różnicy zdań.


Przemknęłam kilkadziesiąt metrów, zwalniając kroku dopiero na urokliwym i niezwykle klimatycznym Placu Rybaków. Miejsce jest zupełnie różne od reszty miasta. Przepiękne domy należące do niegdysiejszego osiedla rybackiego zaprojektowanego w 1914 roku. O przeszłości przypomina nie tylko charakterystyczna architektura, ale również stara kotwica**.

Plac Rybaków to niezwykły zaułek, dla którego zdecydowanie warto zejść z głównego traktu turystycznego, zwłaszcza, że tuż obok jest wspaniale pachnące kawą i domowymi ciastami miejsce.

Tak, to INK (Intuicyjny Nos Kawowy) zadziałał bezbłędnie znajdując Filiżankę i kubek Kawiarnia jest niezwykle przytulna i ma przepiękny ogród, gdzie w ciszy (a do plaży zaledwie kilkanaście metrów) i otoczeniu kojącej zieleni, dającej tak pożądane wytchnienie od upałów, można wypić świetną kawę i zjeść WYŚMIENITE ciasta, z których kawiarnia słynie: libańskie ciasto pomarańczowe, szarlotka na kaszy manny, brownie z tiramisu. Są również wodzące na pokuszenie serniki – i to nie jeden a trzy!: nowojorski, z rosą, karmelowy. O tartach owocowych nie wspomnę, choć uśmiechały się do mnie nieustannie :-) Nie sposób spróbować wszystkiego naraz (chociaż chciałoby się), więc kolejne wizyty wskazane i zalecane ;-)

Po wspaniałym i pysznym czasie spędzonym w Filiżanka i kubek przy regenerującej dawce kawy, dotarłam do Błoni Sopockich, pełnych zieleni oraz miejsc do relaksu i rekreacji. Po drodze natknęłam się jeszcze na pozostałości po ogródkach działkowych, gdzie porzucone śliwy nadal obficie owocują. Gałęzie uginały się od ciężaru różnokolorowych śliwek. Zerwałam kilka z myślą o poobiednim deserze.

Były przyjemnie ciepłe od słońca, pachniały latem i słodyczą, a każda z nich była nabrzmiała od dojrzałego już miąższu.

Ciekawe ile z nich doniosę do domu? ;-)


*W ramach projektu, którego celem jest ochrona przed zalewaniem i podtopieniami odsłonięte zostaną potoki i powstaną stawy wśród zieleni. Tereny wokół nich będą udostępnione mieszkańcom i turystom – więcej na ten temat TUTAJ i TUTAJ

** więcej o tym niezwykłym miejscu, wartym odwiedzenia, można przeczytać TUTAJ

                           

 (zdjęcia: cafeMOC&ja)