INK - małe i większe podróże

City Challenge - Oliwa

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Oczywiście nieoczywisty spacer po Oliwie, czyli pozytywne skutki braku zwiedzania „tego co się należy” :-)

Podczas spaceru po Oliwie architektura odgrywała pierwszoplanową rolę. Przewodniczka lojalnie uprzedziła, że nie będzie zwiedzania "tego, co się należy", czyli katedry, organów, pałacu opatów, parku, rynku oliwskiego i dwóch pobliskich młynów. Wyznanie to wywołało u kilku osób lekkie oburzenie i zdziwienie, a u reszty - w tym również u mnie - niecierpliwie oczekiwanie na poznanie kolejnych nieoczywistości, z których wycieczki organizowane przez IKM przecież słyną.

Po wstępnym opisie, którego dokonała Przewodniczka na pierwszej uliczce, uznałam, że będzie to typowo architektoniczna wycieczka, co w sumie bardzo mnie ucieszyło, bo oliwskie kamienice są przepiękne, zachwycające zarówno w całości i w detalach. Chętnie poznałabym bliżej ich historię.

W wycieczce brali również udział dawni i obecni mieszkańcy Oliwy, którzy chętnie uzupełniali przekazywane przez Przewodniczkę wiadomości o lokalne ciekawostki, które działy się między kolejnymi mijanymi kamienicami.

Skręciliśmy na drogę prowadzącą w stronę zabytkowej kuźni. Trasa była bardzo przyjemna wśród lasu, soczystej zieli i ocieniona (co bardzo cenne, bo było okrutnie gorąco).

Przewodniczka na tej trasie pokazała swoje nieoczywiste zainteresowania dzielnicą i niespodziewanie skręciła w krzaki. Wśród krzaków ukazał się nam zwykły budynek, który jak się okazało był XVIII wiecznym dworkiem w stylu rokoko, niestety fatalnie przebudowany (bez nadzoru i bez pomysłu), co doprowadziło do tego, że nic nie zostało z jego świetności. Ostało się tylko przedproże z fantazyjną poręczą i resztą rzeźbienia, które pojawia się i prowadzi w zasadzie donikąd, robiąc niesamowite wrażenie. Ocalała też snycerska piękna wiewiórka. Niepozorne, małe, ukryte - takie piękne detale, świadkowie minionej świetności i historii.

Niektórzy z nas zdążyli zrobić zdjęcia, reszta musiała się powstrzymać, bo z dawnego dworku wyskoczył na ganek wielki pies, który ujadając groźnie skłonił nas do niezwłocznej ewakuacji.

W ten niezwykły sposób „wydało się”, co ciekawi Przewodniczkę - nieoczywiste piękno, często ukryte w ruinie. Ha! poczułam klimat tego spaceru! Dosłownie zaczęłam deptać Przewodniczce po piętach, aby nie stracić żadnego szczegółu, na który zwracała uwagę.

Trafiliśmy po drodze do Zameczku Mormonów (XVIII w), gdzie był hotel, do którego przyjeżdżali artyści zwabieni pięknem Oliwy. Przewodniczka barwnie opowiadała skąd się wzięła nazwa - artyści przyjeżdżający do hotelu przywozili do niego różne panie, a że hotel był porządny, to każdy miał obowiązek meldowania się i tylko małżeństwa (rodziny) w jednym pokoju spać mogły. Wobec tego artyści meldowali towarzyszące im panie jako żony. Właściciela zaczęło niepokoić, że artyści wracając po pół roku przywozili kolejne „nowe” żony. Wszakże rozwodów nie praktykowano, a wdowcem raczej nie zostawało się zbyt często. Artyści - osoby wszak kreatywne i z fantazją – oświadczali wobec tego, że są mormonami i mają kilka żon, a że są jednocześnie niezbyt majętni, więc w podróż nie mogą zabierać kilku żon jednocześnie, zatem towarzyszy im tylko jedna, ale za każdym razem inna, aby sprawiedliwie było :-) I tak przylgnęła do tego miejsca nazwa "zameczek Mormonów". A budowla faktycznie zamek przypomina – nie tyle samą wielkością, co stylem, który jest unikatowy.

Idąc dalej drogą, dotarliśmy do starej kuźni. Jak się okazało odbywał się w niej tego dnia pokaz dawnej sztuki kowalskiej. Ochrona właśnie zamykała, ale piece były jeszcze gorące. Przewodniczka pełna nadziei poszła zapytać, czy można zajrzeć choć na chwilę (bo niezwykle rzadko Kuźnia bywa otwarta - obiekt wymaga pilnego remontu).

Udało się! Weszliśmy.

Wnętrze zachwycające - czas się tam zatrzymał, a jednak nieubłaganie płynie: naprawdę odczuwa się jednocześnie te oba stany, taki paradoks.

O upływie czasu przypomina choćby szum spiętrzonej wody wlewającej się do środka. Woda mimo, że zdawało się, iż właściwie wypełnia wnętrze, to zupełnie nie dawała ochłody - piece choć wygaszone były jeszcze ciepłe. A wnętrze kuźni było rozpalone. Jak gorąco musiało tam być podczas pokazu? I jak ludzie pracujący tu kiedyś wytrzymywali to? Przecież pieców się nie wygaszało: szkoda było na to czasu i energii.

  

Po wizycie w kuźni udaliśmy się w dalszą drogę do dawnej leśniczówki - zdecydowanie widać, że leśniczy to był człowiek na stanowisku: dom pokaźny, zdobiony i przepiękny!

Niemal na koniec wycieczki Przewodniczka pokazała nam kolejną perłę ukrytą w zaroślach.

Kompletnie zaniedbany, kolejny dworek z XVIII wieku. Jest zachwycający w swojej ruinie i obecnej brzydocie. Kształt nadal przypomina o latach świetności. Zdobienia drzwi jeszcze można dostrzec, choć wiszą już tylko na jednym zawiasie....

Szerokie schody (obecnie niemal zupełnie zdewastowane) prowadzące do wnętrza świadczą o wielkości i znaczeniu dworu.

Przestronna sień z ławami do czekania na możliwość wejścia na salony, pokazuje jak wiele osób mogło czekać, i zapewne czekało tu na dostanie się przed oblicze właściciela.

Ławy miały niezwykle sprytne schowki na przechowywanie rzeczy (co widać niestety dlatego, że ławy się rozpadają).

Przy drzwiach zachwycający detal w postaci pięknie zdobionego stolika, zapewne do korespondencji.

Wijące się schody, mimo masywności, sprawiają wrażenie lekkich i prowadzą na przestronne piętra. Oczywiście wspięłam się po nich, podziwiając niezwykle gładką poręcz, której połysk zapewniły kolejne pokolenia dłoni dotykających jej z ufnością o bezpieczne sprowadzenie ze schodów czy wspięcie się na nie.

Schodząc zachwyciłam się rowerkiem dziecięcym, który cudownie wpasował się w przestrzeń. Kiedy robiłam zdjęcie, kątem oka zobaczyłam czerwony motor wydobywający się z cienia drugiego pomieszczenia.

Wyglądał niezwykle - schowany w tyle, w ciemnym pomieszczeniu przylegającym do sieni, błyszczący i jakby świecący własnym blaskiem w tej obdrapanej, zaniedbanej sieni w tym kompletnie zaniedbanym dworku. Podeszłam bliżej, aby mu się przyjrzeć i w oka mgnieniu zapomniałam o nim - dopiero z bliska można było dostrzec, że małe pomieszczenie, w którym motor był „garażowany”, miało zachwycającą posadzkę. Oryginalną mozaikę ułożoną precyzyjnie w misterny wzór, który przechodził na ściany. Oniemiałam z wrażenia. Taka mozaika w takim otoczeniu robi jeszcze większe wrażenie.

     

Zdjęcia wykonane podczas wycieczki niestety nie oddają (w) pełni mojego zachwytu.

Jak widać po długości wpisu, jestem pod wielkim wrażeniem wycieczki po Oliwie :-)

PS  - z radością informuję, że seria CityChallenge została nagrodzona w konkursie IKM - http://ikm.gda.pl/2018/09/18/wyniki-akcji-moje-miejsca-w-miescie/ :-)

 (zdjęcia: cafeMOC&ja)